16 października 2011

Plan dnia...

Może opiszę Wam w skrócie jak wygląda mój plan dnia. Wszystko zaczyna się godzinie 6:00 kiedy zaczyna dzwonić pierwszy budzik, a ja otwieram jedno oko, żeby go uciszyć. Następnie dzwoni drugi budzik, wtedy to otwieram drugie oko, żeby go zlokalizować i wyłączyć. O godzinie 6:25 zrywam się na równe nogi z moim ulubionym porannym zdaniem: I’m soooo lateeeeeeee!!! Po czym związuję moje włosy w artystycznego koczka, lecę wyszczotkować zęby, wskakuję w pierwsze lepsze ciuchy i hop do kuchni. Pracę zaczynam o godzinie 6:30 od przygotowania śniadania dla mojej świętej trójcy:) W skład zestawu śniadaniowego made by Iwona wchodzą: dwa rodzaje owoców, płatki z mlekiem bądź jogurt oraz gofry lub placki ziemniaczane. Tak oni pożerają placki ziemniaczane na śniadanie! Nieco dziwne, ale zdążyłam przywyknąć. O 6:45 wyruszam na górę obudzić Connora, dla którego czas spędzony w objęciach Morfeusza jest czasem świętym:D Po miesiącu męczenia się z zwlekaniem go z łóżka, odkryłam magiczny i skuteczny sposób walki ze snem, mianowicie łaskotki, a potem dziecko potulnie schodzi na śniadanie:D Drugie dziecko – Viviane zazwyczaj budzi się zaraz po bracie. Jakaś synchronizacja, czy coś tego rodzaju:D Po obudzeniu dwójki dzieci przychodzi czas na znalezienie mundurków, załączenie edukujących bajek w TV oraz zapakowanie lunchu do żaby, słonia i czarnego lunchbox’a. Co wchodzi w zestaw lunchowy? To już zależy od dnia, ale najczęściej: kanapka z masłem orzechowym i dżemem, owoc, pałeczka serowa, ciasteczka, batoniki i jakis jogurt. O 6:30 Connor wraz z jednym z rodziców wyruszają do szkoły, a o 7:40 pędzę na górę obudzić Grace radosnym okrzykiem Peekaboo, przebrać ją oraz umiejscowić w foteliku, w którym je śniadanie i którego szczerze nienawidzi :D Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem i nie ma płaczu i zgrzytania zębów o 8:15 pakuję dziewczynki w moją ciężarówkę:D i zachowując anielską cierpliwość stojąc w korku jedziemy do szkoły Vivianne, gdzie punktualnie o 8:45 drzwi ciężarówki zostają otworzone przez jedną z nauczycielek w celu zaprowadzenia jej do szkoły. Około 9:00 parkujemy pod przedszkolem, podpisujemy listę i maszerujemy do sali w celu zainteresowania Grace jakąś zabawą. Następnie szybki powrót do domu, ogarnięcie dziecięcych pokoi i od godziny 9:30 do 14:15 mam wolne, a potem 14:30 odebranie Vivianne ze szkoły, we wtorki i czwartki odrabiamy lekcje, a w pozostałe dni jedziemy do parku, biblioteki lub zostajemy w domu. Ok. 16 zaczynam gotować obiad, o 17:30 odbieram Grace z przedszkola, a po powrocie do domu jemy obiad. Co jemy? Zazwyczaj makaron z czerwonym sosem:D bo cała reszta jest dla nich nie dobra. Następnie się bawimy, czytamy książki, lub idziemy spać i KONIEC. O której godzinie kończę pracę? To już zależy od dnia. Mogę skończyć o 18 lub 22, ale zawsze moje godziny mieszczą się w normie, więc jest ok:) A potem WOLNE i weekendy zazwyczaj też mam wolne, co bardzo mi odpowiada. 


Kilka zdjęć z parku 




    

4 komentarze:

edzia pisze...

No to grubo:D Cały dzień zalatana. Fajnie masz, że dopiero po 14 jedziesz po dzieci. Ja będę miała jedynie 2h wolne w ciągu dnia;p Jestem ciekawa jak ja sobie poradzę...;p

Iwona pisze...

Z jednej strony fajnie, a z drugiej wolałabym pracować ciągiem i mieć wolne wieczorami. Napewno sobie poradzisz:) ja daję radę, to i Ty dasz!

edzia pisze...

O tych rzeczach to już słyszałam. Tylko z drugiej strony wolałabym wydać kasę na wycieczki i jakieś sprzęty elektroniczne niż ciuchy. Mimo to planuję nie szaleć z garderobą i wezmę minimum;p

Marta K pisze...

Ja miałam tak w pierwszej rodzinie. Pracowałam od 7 do 19 z przerwa od 14 do 15 co było uciążliwe bo cały dzień był zajęty. Ale dawało radę :)
Zapraszam również do czytania mojego bloga. Pozdrawiam, Au Pair z Niemiec :)