4 grudnia 2011

Sorry, I don’t speak English – czyli NYC po raz drugi…

Na początek taka mała uwaga na przyszłość: Nigdy nie rezerwuj hotelu na tydzień przed planowanym pobytem w NYC!! NIGDY! Bo może się zdarzyć, że będziesz musiał/a spędzić noc w Chinatown, co gwarantuję nie zalicza się do najlepszych doświadczeń mojego dotychczasowego 22letniego życia:D
                                                    
Zacznijmy od początku: 8 października 2011 roku o godzinie 6:54a.m. rozpoczynam swoją podróż do NYC. Na początku spędzam 35 min w pociągu pędzącym:D do Filadelfii, w której mam jakieś 15 min na znalezienie autobusu jadącego do NYC. Oczywiście ja jako „Master of Disaster” musiałam się w tym czasie zgubić, na szczęście miły pan policjant pomógł mi się odnaleźć. Po 2h jazdy dojeżdżam do NYC, w którym mam się spotkać z koleżanką na Penn Stadion. I co?? Gubię się po raz drugi:D Po nieudanej próbie połączenia się z gogle maps ląduję w Starbucks’ie, co by się nie zestresować jeszcze bardziej:D Następnie pełna wiary w to, że ktoś będzie wiedział jak dojść na Penn Stadion wyruszam w drogę. Po paru nieudanych próbach pt. „ Ohhh well, I don’t know/ Sorry, I’m not from NYC” udało się! Lecz niestety trzeba było przemieścić się metrem. Proste? Niby tak, do kiedy nie jesteś wkurzona do granic możliwości:D ale kiedy auomat wydający bilety pożera nam ciężko zarobione $10 i okazuje się, że aby je odzyskać musisz wypełnić wniosek i go wysłać masz już DOSYĆ! Ale… to nie koniec, to dopiero początek:D
Po spotkaniu koleżanki udajemy się razem do metra, tylko że nie do tej linii, która jeździ do Chinatown:D, tak więc jesteśmy kolejne $2 w plecy. Jakieś 30 min później wysiadamy z metra i nie tylko widzimy, ale też czujemy i słyszymy, że dotarłyśmy do Chinatown. Po czym to poznać?
  1. Prawie nikt nie mówi po angielsku,
  2. w koło roi się od chińskich restauracji, z których nie „pachnie” najładniej, a w ich oknach można zobaczyć „dziwne coś” i lepije nie zastanawiajcie się, czym to „dziwne coś” kiedyś było,
  3. widzisz tylko chińskie litery, których za żadne skarby nie potrafisz rozszyfrować:D
  4. nie wiesz jakim cudem masz znaleźć swój hotel, bo połowa z nich ma w swojej nazwie zawarte słowo „SUN”, a gdzie jest „SUN BRIGHT HOTEL”? Nie mam zielonego pojęcia:D
Nigdy więcej nie zrobię rezerwacji hotelu, na stronie specjalnie do tego przeznaczonej! Dlaczego? A no dlatego, że straciłam kolejne $12:D a pan recepcjonista, który ledwo mówił po angielsku (za to po chińsku trajkotał jak najęty:D) stwierdził, że po pierwsze nie zna tej strony, a po drugie nie ma naszej rezerwacji. 
- Przepraszam, że cooo??
- No, nie ma.
- Jak to nie ma? To dlaczego mogłam zarezerwować pokój na stronie o której pan nigdy nie słyszał?
- Nie wiem.
Cudownie! Miałam ochotę wyjść z siebie, stanąć obok, trzasnąć drzwiami i krzyczeć po chińsku:D Na szczęście pan recepcjonista uratował sytuację dzwoniąc do innego hotelu i rezerwując nam pokój po obniżonej cenie. A gdzie był ten hotel? Jak się domyślacie… w Chinatown:D Także nocleg załatwiony, hotel znaleziony, bo złapałyśmy taksówkę, więc straciłyśmy pieniądze, ale za to zaoszczędziłyśmy jakże cenny czas, który przeznaczyłyśmy na przejście się po Chinatown, Sho i Little Italy oraz na to co dziewczyny lubią najbardziej – zakupy. Przy okazji udało nam się zahaczyć o imprezę, a właściwie o parę imprez, a także o Times Square.

A teraz parę zdjęć i taka uwaga na przyszłość: Nie pijcie chińskiej mrożonej herbaty!









 Wczesniej wspomniana mrożona herbata, rózni się tylko literą T :D









Pozdrawiam

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

hahaha to musiało być naprawdę zabawne :D najbardziej podoba mi się cennik :D

tylko pisz częściej!

Ruda xx pisze...

no dokladnie! zapoznalam sie z cennikiem i mam smaka na kilka rzeczy :D haha
no pobyt w usa zawsze musi wiazac sie z przygodami! najwazniejsze ze sie udalo wszystko! ;-)) powodzenia :)

edzia pisze...

uuu Chinatown jeszcze nie odwiedzilam, ale po Twoich wrazenia nie spieszy mi sie tam hehe;p Powodzenia!:)